Północ – północny zachód

 136 min.

tytuł oryginalny:
North by Northwest
gatunek:
thriller szpiegowski
reżyseria:
Alfred Hitchcock
kraj produkcji:
USA
rok produkcji:
1959
obsada:
Cary Grant, Eva Marie Saint, James Mason, Jessie Royce Landis
napisy:
polskie
opis:

Roger Thornhill jest pracownikiem agencji reklamowej. Pewnego dnia mężczyzna wychodząc z pracy zostaje porwany przez szpiegów obcego wywiadu, którzy biorą go za agenta CIA. Po przesłuchaniu próbują zabić mężczyznę. Thornhillowi udaje się przeżyć, ale musi uciekać przed ścigającymi go agentami.

  • 3 nominacje do Oscara (scenografia, scenariusz, montaż), Złota Muszla na MFF w San Sebastian

 

Pan Hitchcock zaprasza na filmowy roller coaster w Technicolorze. W ćwierć wieku po tym, jak wynalazł formułę komediowego thrillera w 39 krokach (1935), Mistrz bierze na warsztat przepyszny scenariusz Ernesta Lehmana (z tytułem pożyczonym z Hamleta), obsadza w roli głównej (po raz ostatni w swojej filmografii!) ulubionego leading mana w osobie Cary’ego Granta, po czym cieszy się szpiegowską gonitwą i zabawnymi perypetiami przez dwie godziny z okładem. Wszystko to na szerokim ekranie VistaVision (który ostatnio wrócił jako fetysz w Brutaliście i Jednej bitwie po drugiej). Grant gra tutaj zwykłego gościa z nieco nadopiekuńczą matką, który na jedno pstryknięcie palcami (dosłownie!) ląduje w środku szpiegowskiego pandemonium. Za żywioł kobiecy odpowiada boska Eva Marie Saint – ostatnia Hitchcockowska blondynka w wersji beztroskiej i zwiewnej. Czysta kinowa rozkosz.

Michał Oleszczyk

Doświadczenie, którego nie zapomnę: seans Północ, północny zachód w sali pełnej amerykańskich widzów i odkrycie, że ów „thriller”, „dreszczowiec”, „szpiegowski klasyk” to przede wszystkim niesamowicie zręczna komedia. Wbrew obiegowym opiniom, dla Hitchcocka humor był prawie zawsze ważniejszy od strachu: tutaj Anglik osiągnął proporcje doskonałe, inscenizując coś na kształt Mad Menów napisanych przez rezydującego w Hollywood Franza Kafkę. Blockbuster z tego samego roku, co Ben-Hur i chyba z równie spektakularnymi scenami pościgów: na ikonicznym już polu kukurydzy, w luksusowym pociągu, na Górze Rushmore. Kino jako zabawa w kotka i myszkę, z wkładką paranoidalną – stylowe, szarmanckie, wyprzedzające Jamesa Bonda o dobrych kilka lat i kładące szyny pod szpiegowski eskapizm lat 60.

Sebastian Smoliński